100 powodów do wdrożenia Six Sigma

Tym postem rozpocznę cykl opisujący jedną z najciekawszych koncepcji zarządzania (w obszarze którym obecnie działam), a mianowicie Six Sigma.

Zaczniemy od podstaw.

Oto 100 powodów, dla których warto wdrożyć Six Sigma:

Klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci, klienci…

…i powód numer 101… KLIENCI !

Jak połączyć serwisy społecznościowe

Serwisy społecznościowe już na dobrze usadowiły się w codziennym życiu Polskiego internauty. Co rusz pojawiają się nowe. Mając kilka kont, publikowanie informacji staje się co raz bardziej czasochłonne. Po kilku godzinach, udało mi się zautomatyzować cały proces. Wybrałem najpopularniejsze serwisy:

 

 

  • Facebook
  • Flacker
  • Blip
  • Twitter
  • Nowe posty ze strony internetowej (cach.pl)

Dzięki połączeniu publikując informację na jednej stronie, jest ona automatycznie przekazywana wszystkim pozostałym.

A co z blogiem?
Informacje o każdym nowym poście są publikowane na wszystkich serwisach. Dodatkowo, na Facebooku wyświetla się miniaturka (niestety tu pojawia się problem. Przy tak ułożonym schemacie o nowym poście pojawia się na Facebooku podwójnie. Raz, jako import z Twittera, raz jako miniaturka. Nie doskwiera to za bardzo, jednak mam nadzieję w przyszłości znaleźć rozwiązanie.)

Tworzymy sieć By wprowadzić informację do systemu publikuję wiadomość na Twitterze. Co dalej?

  • Twitter -> Flaker – Flaker posiada w swoich opcjach możliwość zbierania informacji z ogromnej ilości zewnętrznych serwisów, jednym z nich jest Twitter. Zaloguj się do swojego konta i w opcjach->”Dodaj/edytuj serwisy” znajdź na liście Twittera, po czym wpisz w nim swój nick lub nazwę kanału.
  • Twitter -> Blip – Blip ma możliwość pobierania automatycznie wiadomości z Twittera, jednak funkcja jest na razie w trakcie testów i działa z różnym skutkiem. Mi każdą pobraną wiadomość wyświetlało 4 do 10 razy. Jest jednak masa stron, które potrafi wysyłać informacje na Blipa. Jedną z nich jest rss2blip.pl, który dzięki RSS potrafi pobrać informację niemal z każdej strony. Wejdź na rss2blip.pl, zaloguj się używając swoich danych z Blip’a, wpisz adres kanału RSS Twojego Twittera (link znajduje się z prawej na stronie profilu Twittera, jest mała ikonka, z które można pobrać adres), wybierz częstotliwość pobierania informacji i już.
  • Twitter -> Facebook – w tym wypadku miałem spory problem. Na Facebooku krąży spora liczba aplikacji integrujących z Twitterem. Przetestowałem kilka, ale żadna nie działała jak trzeba. W końcu użyłem apps.facebook.com/twitter. Najważniejsza funkcja, to możliwość automatycznego pobrania informacji z Twittera i opublikowania jej jako status. Jeśli nie możesz wejść na stronę aplikacji… poczekaj. Mi się udało dopiero po 2 dniach. Zwyczajnie wyskakiwały jakieś błędy, ale jeśli już raz uda Ci się ją uruchomić, problemów więcej nie ma.
  • Strona internetowa (cach.pl) -> Twitter – Do tego połączenia wykorzystuję kanał RSS nowych postów. Twitter sam w sobie nie potrafi pobierać z niego informacji. By to zrobić, podobnie jak przy Blipie, trzeba skorzystać z zewnętrznego serwisu. Jest to twitterfeed.com. Po rejestracji należy wybrać do jakiego serwisu chcemy wysyłać informacje z naszego RSS’a. Może to być Twitter lub Facebook. W wypadku omawianej sieci wybieramy Twittera. Po kliknięciu na Create Feed pojawi się możliwość logowania na konto Twittera. Po wpisaniu danych wystarczy jeszcze tylko wstawić w okienko adres RSS’a i nadać mu nazwę. Po opublikowaniu nowego posta, TwitterFeed opublikuje skrót i link na Twitterze.
  • Strona internetowa (cach.pl) -> Facebook — Jeśli wykonasz krok w poprzednim punkcie na Twitterze pojawia się skrót i link do najnowszego postu. Zgodnie ze schematem, informacja pojawi się automatycznie jako status na facebooku. Twitter ma w założeniu publikować informacje do 140 znaków. Mało. Na potrzeby facebooka najlepsza byłaby publikacja skrótu, z miniaturką. Pomoże w tym aplikacja BlogNetworks. Możesz w niej dodać swój blog, a skrót nowych postów razem z miniaturką i linkiem pojawi się na Twojej ścianie. Ciekawostką jest to, że im więcej osób będziesz w aplikacji obserwujące Twoje posty, tym częściej będą pobierane informacje z bloga.


 

Co myślicie o takiej automatyzacji? Może można zrobić ją lepiej? Zapraszam do dyskusji w komentarzach.

 

 


Studiowania Historia Michała cz. 3

Studies... by ~Jamesconcept

Studies... by ~Jamesconcept

Na teraz i na jutro

Dwa tygodnie temu udało mi się zdobyć (jeśli można to tak opisać) promotora. Po krótkiej rozmowie, będzie nim prof. dr hab Marian Hopej. To jeden z niewielu wykładowców, którzy zrobili na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Egzamin jest trudny jak…. Jest bardzo trudny, ale wykład – świetny. Może dlatego, że bardzo lubię bawić się koncepcjami zarządzania.

Tak czy siak przyszedłem na rozmowę z dwoma pomysłami na pracę magisterską, jedną jest strategia błękitnego oceanu, drugą coś z lean management. Pierwszy odpadł, ponieważ wspomniany wyżej pan profesor wszedłby w konpetencje swojego kolegi (strategiami zajmuje się inny wykładowca), jednak lean management – jak najbardziej. Swoją drogą, jak tak kilka dni sobie o tym myślę, bardzo dobrze się stało, chociażby dlatego, że mam kupę pomysłów na ciekawe artykuły. Np. jak techniki odchudzonego zarządzania można stosować w życiu codziennym. Część już stosuję, część zamierzam wprowadzić, a wszystko opiszę i opublikuję.

Powoli będę zmieniał tematykę tego bloga, z marketingowej, na treści bardziej związane z koncepcjami zarządzania (choć nie tylko, bo przygotowuję serię mówiącą o sprzedaży).

Haha. Przypomniało mi się, jak zabawne było tłumaczenie jakieś 5 minut, na którym roku jestem i kiedy chcę te studia skończyć.

Nadal nie wiem jaki temat wybrać. Pan profesor podsunął mi kilka koncepcji. Na początku myślałem o opisaniu lean management w przedsiębiorstwie nieprodukcyjnym. Pojawił się pomysł o wybraniu organizacji non-profit, np. szpitala. Pojawiła się idea na wzięcie pewnej koncepcji i porównaniu, jak sobie z nią radzą przedsiębiorstwa np. w Niemczech i w Polsce. To już naprawdę interesujący temat, bardzo trudny jednocześnie.

Muszę przyznać, że profesor zagrał mi od początku na ambicji, choć zrozumiałem to dopiero dzień później. Dostałem pytanie czy chcę napisać pracę jakąś tam, czy pracę świetną. Zgadnij co odpowiedziałem ;-) Szybko po tym opowiedział mi o dwóch pracach magisterskich, które zostały wyróżnione nagrodą. Obie wyszły z pokoju, w którym siedziałem. Jedną dostałem do domu do przeczytania.

Zawsze staram się dotrzymywać obietnic. Napiszę świetną pracę.

Apropo obietnic. Mój wybór wymagającego profesora to nie przypadek. Jak byłem mały. to powtarzałem mojemu tacie, że będę miał więcej przed nazwiskiem niż on. Skubany zrobił magistra i inżyniera, na 2 kierunkach i kupę kursów podyplomowych (bhp i ppoż). No i co mi zostało… dr. (Bynajmniej nie dyrygentura ;-) ). Mam wielką nadzieję, że naturalnym krokiem po napisaniu pracy magisterskiej i obronie, będzie podjęcie się dalszej nauki na studiach doktoranckich, pod przewodnictwem tego samego profesora. To już nie tak daleka przyszłość.

Co z marketingiem? Zobaczymy. Na pewno nie będę pisał o nim pracy magisterskiej, z trywialnego powodu. Nie miałbym u kogo. Chciałbym za promotora mieć profesora, który dodatkowo naprawdę wie o czym mówi. Niestety na kursach z marketingu różnie bywało z dogadywaniem się między mną, a wykładowcami. Nie ma też profesora na uczelni, który by się w pełni zajmował marketingiem. Wszystko są tylko i aż jednocześnie doktorami.

Problemy na końcówkę

Tak czy siak, pojawiają się problemy. Trzeba je rozwiązać. Pierwszy to wspomniany żarcik z wpisaniem mnie na rok wyżej. Drugi to moja średnia ze studiów. Wspomniałem, że w ostatnim roku spadła mi dosyć drastycznie. By robić doktora muszę mieć ponad 4.0 z całych studiów. Jeszcze nic straconego. Przede mną 3 semestry. Będę musiał jednak jeszcze trochę ciężko popracować (a miałem taką nadzieję, na pobyczenie się na 5. roku), a jeśli nie, zawsze mi zostaną też studia doktoranckie, zaoczne.

Pożyjemy zobaczymy.

Jestem optymistą… i wierzę w siebie.

Skoro wiara czyni cuda, trzeba wierzyć, że się uda :-)

Studiowania Historia Michała cz. 2

Studying by ~nicholeofearth

Studying by ~nicholeofearth

W poście Historia Michała cz. 1 możesz poznać początek mojej przygody ze studiami. Poniżej przedstawiam jego kolejną część.

Podsumowując poprzednią część historii, zostałem studentem zarządzania, rzuciłem informatykę i dalej działałem w AIESEC. Zarządzanie naprawdę mi się podoba. Są oczywiście kursy, których nie trawię, ale są też takie, które przychodzą mi z łatwością i sprawiają zwyczajną frajdę.

Jednak nieco z przypadku, po trochu dzięki działaniom polityczno – administracyjnym pojawił się problem. Studia zarządzania, na roczniku, który rozpocząłem, były i są tylko magisterskimi. Jest to pierwszy tok, w którym nie ma inżyniera. Nie dobrze. Co by tu zrobić.

W tym samym czasie na swoim blogu Steve Pavlina opisał jak to ukończył swoje studia i to dwa kierunki w 4 lata. Czy w Polsce też się tak da? Czemu by nie spróbować. Nadrobię stracony rok na fizyce, w bonusie dostanę tytuł inżyniera. Okazało się, że na taki pomysł wpadłem nie tylko ja, ale też kilka innych osób. Postanowione. W ciągu najbliższego roku akademickiego zrobię wszystkie kursy z III, IV, V i VI semestru. Zapisałem się na wszystko jak leci.

Granice

Jestem w stanie zaliczyć obecnie jakieś 30 kursów. Naprawdę. Wykształciłem w sobie bardzo skuteczną technologię studiowania, bezstresową i efektywną. Droga nie była łatwa.

Na drugim roku zarządzania wziąłem na siebie jakieś 27 kursów, czyli cały program semestrów zimowych II i III roku. Wziąłem też na siebie sporo obowiązków w AIESEC.

O organizacji studenckiej

Gdy wszedłem do organizacji, komitet, w którym działałem nie stał dobrze. Dokładniej to znajdował się na równi pochyłej. Jakoś tak wyszło. Ciekawe case, do opisania w innym artykule. W każdym bądź razie wtedy o tym nie wiedziałem. Specyfika AIESEC jest taka, że maksymalnie 1,5 roku zajmuje się pewną pozycję, a rok na niej działa. Pewnego pięknęgo dnia podeszła do mnie nowo mianowana prezydent i spytała się czy nie zostałbym wiceprezydentem. Miałem zająć się komunikacją, marketingiem i pr’em. Dzień zastanowienia. Zgodziłem się. Dwa lata w rok i jeszcze to… dużo. Z czasem okazało się, że komitet jest w bardzo złym stanie. Nie było ludzi, większość skłócona odeszła. Z dzisiejszej perspektywy myślę, że to był najtrudniejszy rok komitetu w jego historii. Oprócz rady wykonawczej i 2 koordynatorów nie było praktycznie nikogo. Członkowie mieli się dopiero zrekrutować – temat na kolejny artykuł. W każdym bądź razie, łatwo nie było. Było wręcz bardzo trudno. Dostałem naprawdę potężną dawkę stresu, a granice moich możliwości poszerzyły się miliardokrotnie. Nie było innego wyjścia.

Wyszło tak, że obok moich 2 semestrów w 1 byłe wiceprezydentem, ocp – czyli prowadziłem półroczny projekt, koordynatorem badania marketingowego i kilkudziesięciu mniejszych rzeczy, które trzeba było zrobić. Wspomniałem, że to wszystko wolontariat…

Jednak przetrwałem (z 6 osób, które się przewinęły przez radę wykonawczą zostały 3, w tym ja).

Odbiło się to na studiach. Wspomniałem, że mogę zaliczyć 30 kursów. Wziąłem 27. Zdałem…. 23. To była jedna z moich trudniejszych sesji w historii. Średnia też poleciała, na poziom jakoś koło 3,3. Będzie to miało konsekwencje później.

W każdym razie przetrwałem, komitet przetrwał. W nowym semestrze było już łatwiej. Przyszli ludzie, świeża krew, sporo mnie odciążyli. Zapisałem się przytomnie na 26 kursów. Zdałem – 25. Plan robienia pięcioletnich studiów ma 4 był i tak bliski sukcesu.

Do czasu

Nowy system

Na ostatnich wakacjach poszedłem do dziekana. Mam cel, być wpisany na rok wyżej i skończyć studia w roku 2010 czyli po 4 rokach akademickich. Zrealizowałem prawie cały potrzebny do przepisania program. Prawie wynika z 2 powodów. Nie zaliczyłem wszystkich kursów oraz nie zrealizowałem różnic programowych, których było sporo na pierwszym roku. Zwyczajnie, gdy przyszedłem na studia niektóre przedmioty zlikwidowano. Chcę to obejść przepisując niektóre kursy, które zaliczyłem na fizyce i informatyce. Według puntów i godzin, będzie nawet z naddatkiem. We wrześniu usłyszałem Powinno obyć się bez problemów. Proszę jednak przyjść z miesiąc, wdrażamy nowy system.

Problem się pojawił. Stary system mimo wszelkich jego wad, miał jedną, wielką zaletę – był bardzo elastyczny.

Nowy, gdy wprowadzono miał jedną zaletę… został wprowadzony. Jakby się dobrze zastanowić, nie jestem pewien czy to zaleta. Wad sporo, podobno w chwili wprowadzenia było blisko 4000 błędów. Wspomniałem, że został wprowadzony od razu na cały wydział i od razu na zapisy? Swoją drogą, jest to ciekawy case, jak nie powinno wprowadzić się zmiany, albo jak ją wprowadzić by zabolało wszystkich interesantów, w tym mnie.

Na chwilę obecną jestem na 3, roku i przez najbliższy semestr będę dalej. W tym czasie realizować będę kursy tylko z roku 4. Dlaczego tak? Mimo wielu zapewnień pomocy pana dziekana, nie wiadomo jak mnie wpisać na wyższy rok. Nowy system do elastyczności jeszcze nie dorósł. Najgorsze jest to, że nie wiadomo, czy kiedykolwiek dorośnie.

Dla mnie jest jeden problem, za rok chcę się bronić i by to zrobić muszę być na ostatnim semestrze. Chcę też mieć tytuł inżyniera. Sporo się na to napracowałem i dosyć nieprzyjemną jest sytuacja, gdy jedyną przeszkodą stał się nowy system. To techniczna przeszkoda. No nic.

Co ważne, robię teraz 27 kursów, 20 z 4 roku, 4 zaległe, 1 z wyższego rocznika i dodatkowo język oraz 2 wf’y (które trzeba zrobić, ale nie jest napisane kiedy). Jeszcze nie skończyłem sesji (kończy się 16 lutego), ale jestem pewien, że zaliczę wszystko i to osiągając najlepszą średnią w swojej historii, nawet zakładając najgorszy scenariusz. Z AIESEC odszedłem w listopadzie. Wypełniłem wszystkie obowiązki. Nadal od czasu do czasu coś pomogę, ale trzeba iść dalej.

Koniec cz. 2.

Krok do przodu, krok do tyłu – postep we wprowadzaniu nawyku

Step by step by ~sabotazystka

Step by step by ~sabotazystka

Właśnie skończyłem czytać zaległe artykuły. Odhaczyłem już na liście rzeczy do zrobienia, wszystkie punkty. Udało się, choć za oknem ciemno od dawna.

Już ponad miesiąc minął, gdy zacząłem wprowadzać nawyk najważniejszego. Nie udało mi się do dziś wprowadzić wszystkich założeń. Nie poddaję się. Postanowiłem wydłużyć czas testowania i wprowadzania nawyku. Może po kolei…

Nawyk najważniejszego to złożenie kilku czynności. Zauważyłem to dopiero tydzień temu. Jestem przekonany, że wprowadzenie jednej czynności na raz jest dużo łatwiejsze i skuteczniejsze niż próba wdrożenia kilku. Człowiek chciałby najlepiej wszystko na raz. Niestety, mniej to lepiej i w długiej perspektywie – więcej.

Nawyk, który wprowadzam składa się co najmniej z 4 czynności:
⁃    Planowanie każdego dnia poprzedniego wieczoru,
⁃    Działanie od razu bez odkładania na później.
⁃    Zaczynanie pracy z samego rana,
⁃    Zaczynanie pracy od rzeczy najważniejszej.

Do tej pory tylko przez kilka dni udało mi się wprowadzić w życie wszystkie cztery punkty. Bywało tak, że robiłem listę, ale jej nie realizowałem. Bywało, że listy nie robiłem w ogóle. Czasem zaczynałem pracę tak późno, że nie byłem w stanie zrealizować nawet jednego punktu. Naprawdę duża liczba przeszkód. Trzeba je ominąć po kolei.

Prawdopodobnie całość zajmie mi 4 miesiące. Ego się burzy, chciałoby iść dalej, chciałoby więcej, jednak dobre i porządne wprowadzenie nawyku jest ważniejsze. Już od 3 dni zmieniłem założenia. Nawyk dzielę na 4 fazy:

Wcześniej było to 7 dni. Teraz 14. Nie ma też okresu testowego, od razu licznik zostaje nabijany. Jeśli któregoś dnia, nawet 14tego popełnię błąd, licznik się zeruje i zaczynamy od nowa. Przez to ciężko mi zaplanować, kiedy będę mógł iść dalej. Cztery nawyki mogą zająć dwa tygodnie lub dwa lata (miejmy nadzieję, że bliżej tego pierwszego ;-). Dla ułatwienia przyjmuję miesiąc. W praktyce zobaczymy jak to wyjdzie.

Oto założenia na luty:
Nazwa nawyku: Planowanie najważniejszych zadań.

Czar rozpoczęcia i zakończenia: 5 luty aż do nieprzerwanego spełnienia założeń przez 14 dni.

Kluczowe założenia: Codziennie wieczorem wypisuję najważniejsze zadania na dzień kolejny. (Na tym poziomie ich realizacja jest mniej istotna, tzn. jeśli zrealizuję plan to super, ale brak realizacji nie będzie zerował licznika).

Zalety: Wprowadzenie takiego nawyku jest podstawą do pełnego zastosowania nawyku najważniejszego. Spowoduje, że każdego dnia będę posiadał listę rzeczy, które powinienem zrobić.

Wady braku: Brak wprowadzenia nawyku najważniejszego i wszystkie wady z tym związane.

Problemy i rozwiązania: Sposób zapisywania listy – użyję do tego omnifocus – mojego programu do gtd. Jest to bardzo wygodne i w odróżnieniu do wersji papierowej poprawki nie niosą za sobą kreślenia i bazgrolenia. Oczywiście wersja papierowa też jest potrzebna. Rozwiązanie – planuję na komputerze, później spisuję wszystko do notesu. Jeśli mam oba narzędzia, w obu odznaczam, jeśli tylko jedno, odznaczam na nim, a wieczorem podsumowuję.

Nagroda: pójdę sobie do zoo. Zabawne, cztery lata mieszkam we Wrocławiu, a jeszcze nie byłem ☺

Studiowania Historia Michała cz. 1

Studying by `BurlapZack

Studying by `BurlapZack

Jeśli jeszcze tego nie wiesz, studiuję.

Moja historia jest nieco skomplikowana. Jestem technicznie rzecz biorą na roku 3, praktycznie na 4, a magistra chciałbym zdobyć za rok. Mam za sobą 3 różne kierunki, roczny poślizg, a mimo to zamierzam skończyć studia razem z moim oryginalnym rocznikiem.

Wróćmy do początku…

Zaczynamy studiowanie

Dawno temu w mojej mieścinie, Lubaniu zdałem maturę. Poszło mi całkiem nieźle. Po egzaminach zdrowo sobie odpocząłem, bo od maja do końca września. W sumie niewiele robiłem blisko pięć miesięcy.

Przyszedł wrzesień. Czas się spakować i wyjechać do Wrocławia, na studia, a dokładniej na Politechnikę Wrocławską, Wydział Podstawowych Problemów Techniki, kierunek Fizyka. Czemu fizyka? Do dziś uważam to za bardzo dobre pytanie. Jakoś tak wyszło. Była to kombinacja kilku czynników. Po pierwsze, fizyka to dość elitarny kierunek. Elitarny, nie dlatego, że ciężko się tam dostać. Od kilku lat utrzymuje się poziom 0,7 kandydata na miejsce z wyraźnym trendem… opadającym. Fizyka jest elitarna przede wszystkim z tego względu, że po roku zostaje tam może ze 30 osób. Reszta odpada, jak się później okazało, głównie na swoje własne życzenie. Przekonują się czym studiowanie fizyki jest naprawdę i… idą gdzie indziej.

Drugi powód to specjalność – komputery kwantowe, czyli coś czego jeszcze nie ma, a będzie na pewno i ktoś (czyt. Michał) będzie te komputery budował. Plan był na rozpoczęcie fizyki, przeżycie pierwszych dwóch lat i później rozpoczęcie drugiego kierunku – informatyki. Po czymś takim, miałem być ustawiony na rynku pracy na poziomie szczytów himalajów. Piękny plan, ale nierealny.

Mniej, więcej po pierwszym semestrze zacząłem się zastanawiać czy to TO. Pamiętam pierwszy wykład na kursie Fizyka I (czyli totalnych podstawach). Pan prof. dr hab. Własak (facet o naprawdę potężnej wiedzy teoretycznej i zacięciu do liczenia każdej nieziemskiej kombinacji cyferek i literek zwanych równaniami, im bardziej pokręcone tym lepiej) powiedział, że jest on tutaj po to, by nam pokazać, czy jest fizyka. Po roku mniej więcej wiedziałem – bardzo mozolnym rozwiązywaniem bardzo mozolnych równań.

Sporo do myślenia dała mi pewna telenowela dokumentalna. Nakręcono historię kilku kobiet, które starały się dostać do policji. Na rekrutacji jedna z pań dostała pytanie, jakie jest jej wykształcenie. Odpowiedź: Ukończyłam studia magisterskie na Politechnice Wrocławskiej (wieczór był, Michał szerzej otworzył jedno oko), na wydziale Podstawowych Problemów Techniki (Michał otworzył szeroko drugie oko), kierunek Fizyka (Michałowi spadła szczęka). Czyżby po 5 latach ścierania się z równaniami, szczytem marzeń jest zostać Policjantem? Z całym szacunkiem dla tego fachu, ale po co wykształcenie w arkanach fizyki, dla funkcjonariusza. Może jest inny powód… brak innej, zgodnej z kierunkiem pracy… Albo ta pani zrobiła studia z przypadku, bo jakieś zrobić chciała/musiała.

Druga sprawa – dziekanat. Uczelnie mają kilka problemów, szczególnie te duże, szczególnie gdy poszły w masowość. Politechnika Wrocławska w ciągu 10-20 lat z wielkości 5000 studentów, zwiększyła się do 50 000. Spory przeskok. Może to tłumaczyć dziwne zachowania pań w niektórych dziekanatach. Oprócz tego, że wspomniane osobniki są bardzo niemiłe i daleko im do uprzejmości, to dodatkowo zapominają po co tam są. Student jest teraz klientem, nie petentem i gdyby taka pani była u mnie pracownikiem, mniej więcej po kilku minutach swojego zachowania na stanowisku musiała by sobie szukać nowej pracy. Przychodzę z problemem, a traktują mnie jak istotę podrzędną. Jeśli dobrze liczę, komunizm się skończył gdy miałem jakieś 3 latka. Swoją drogą, rok później dowiedziałem się, że wszystkie te panie skończyły wydział, których studentów teraz obsługują mając ich jednocześnie w głębokim poważaniu. Myślę, że to tylko element klimatu na wppt, który z roku na rok ma co raz mniej kandydatów. Ciekawe dlaczego…

Gdy później poszedłem na nowy wydział, gdy pani w dziekanacie spytała się z uśmiechem na ustach, w czym może mi pomóc, to w pierwszym momencie pomyślałem, że sobie robi ze mnie, delikatnie mówiąc, jaja. Oj, to nie był żart. Po prostu, tu jest inaczej.

Może sprawy potoczyły by się w inny sposób gdyby nie to, że po dwóch miesiącach studiowania miałem sporą przerwę. Poszedłem sobie pograć w siatkówkę i zerwałem więzadła w kolanie. W bonusie przerwa na reklamy, operację i rehabilitację. Moje zrozumienie równań spadło z początkowego poziomu małego do nędznego, osiągając po roku poziom wnioskowania: To nie dla mnie.
Całe szczęście, na studia poszedłem z ważnym twierdzeniem: Trzeba robić to co się lubi i co sprawia przyjemność. Najczęściej lubienie, pociąga za sobą zadowolenie. Tego mi brakowało. Czas na plan B(e).

Rzucamy fizykę

Fizyka, mimo swego pociągającego charakteru, nie jest dla mnie. Teraz jestem tego pewien. Dlatego musiałem się zastanowić, co dalej. Na pewno zmieniamy kierunek.
Myślę, że w głębi duszy widziałem co dalej, a na pewno wiedziałem, który mam wybrać wydział, a mianowicie Wydział Informatyki i Zarządzania.
Komputer mam gdzieś od 6 roku życia, czyli dla mnie od zawsze. Dawno temu miałem amigę – szczyt techniki z pamięcią ram mniejszą niż posiada moja obecna komórka. Do dziś radzę sobie z komputerami i nowymi technologiami lepiej niż zwykły śmiertelnik, choć nigdy nie dorobiłem się statusu eksperta.

Moje nowe studia miały to zmienić – informatyka. Mniej więcej całe gimnazjum i 2 pierwsze lata szkoły średniej myślałem o zostaniu informatykiem. Tylko w roku maturalnym coś mnie naszło na fizykę. Naszło mnie jeszcze na coś innego – rozwój osobisty i w konsekwencji biznes. Całe życie chciałem też zdobyć tytuł inżyniera. Mój tato jest inżynierem, ja też chcę. Zawsze to kilka literek przed nazwiskiem i dosyć ciekawe umiejętności, szczególnie zdolność rozwiązywania problemów (osobiście uważam, że jest to kluczowa umiejętność inżyniera, jaki by on nie był). Wracając do biznesu, mój nowy wydział ma studia zarządzania, więc czemu by nie spróbować?

W taki sposób zacząłem na raz dwa kierunki – informatkę i zarządzanie. Jakby tego było mało, wstąpiłem jeszcze do organizacji studenckiej AIESEC. W skrócie: miałem co robić.
Oba kierunki sprawiały mi dużo więcej frajdy niż poprzedni rok, jakbym w końcu trafił w dziesiątkę. Noo, prawie w dziesiątkę, właściwie to mniej, więcej w 6. Zarządzanie szło mi świetnie, naprawdę, średnia ponad 4. Informatyka gorzej. Ja po prostu nie pałam miłością do programowania, a tym są pierwsze 3 lata. Spróbowałem, nie polubiłem. Czarę goryczy przelał projekt biblioteki, (czy to może była jakaś wypożyczania, nie jestem pewien teraz), w którym mogłem użyć tylko algorytmów, żadnych obiektów, czyli natworzyłem ponad 2000 linii kodu i nie bardzo wiedziałem już co, gdzie, jak działa. Bywa. Spędziłem w sumie ponad 40 godzin nad tym. Trochę za dużo, a to dopiero początek.

Zadałem sobie pytanie. Czy chcę tworzyć systemy, czy ich używać.
Później drugie: Czy chcę być informatykiem, czy … kierować informatykami.

Odpowiedzi skłoniły mnie do odpuszczenia sobie kariery informatyka.

Zostało tylko zarządzanie i AIESEC.
c.d.n.

Rutyny

600px-Knot_of_Eternity.JPG.jpgPrzedwczorajszy dzień nie rozpoczął się tak, jak planowałem. Mocno się nie wyspałem, mimo, że godzinowo powinno wystarczyć. Bardzo nie lubię, gdy rano pada deszcz, brak mi wtedy energii. Trudno. Zebrałem się, wstałem, poczytałem trochę, zjadłem śniadanie, ubrałem i wyszedłem.

Do oddania na uczelni mam jeszcze 3 projekty. Dwa już skończyłem i właśnie te chciałem dziś wręczyć wykładowcom. Jeden tylko dostarczyć, drugi dostarczyć i … obronić. Wyszło tak, że zacząłem od obrony.

Gdy dotarłem, czekało pod salę już kilka osób. Skoro tak, to poczekać musiałem i ja. Przy okazji porozmawiałem sobie ze znajomymi, głównie o wiadomym projekcie, bo prawdę powiedziawszy, nie bardzo wiemy jak ma on wyglądać.

Historia pewnego projektu.

Jest sobie uczelnia. Uczelnia z zasady ma nauczać. By nauczyć zatrudnia nauczycieli, zwanych wykładowcami, którzy stosują przeróżne, mniej lub bardziej wyszukane metody nauczania. Jedne mi pasują, drugie nie. Niestety, metoda pana, u którego miałem bronić projekt, delikatnie mówiąc nie leży mi. Dokładniej, nie leży większej części studentów. Ogólnie na przedmiocie ostała się garstka, czyli na oko 1/3 ludzi, w tym ja. Reszta odpuściła, zrobi w semestrze przyszłym. Wygląda na narzekanie, choć po prostu tak jest.

Pytanie dlaczego.

Czasem tak bywa w komunikacji na linii wykładowca – student, że student nie rozumie, co wykładowca mówi do studenta, wykładowca nie rozumie, co student mówi do wykładowcy, wynik 1:1, ale zgadnij, kto na tym przegrywa. Cóż, bywa.

Wspomniałem, że z tym projektem jestem już 4 raz :)

Wszedłem rozłożyłem mapy. Pierwsze pytanie i…

…poległem. Jakoś tak mój rozumek powiedział mi, że hejunka to kanban, a kanban to hejunka i niestety musiałem sale opuścić. Delikatnie mówiąc, zdenerwowałem się, głównie na siebie. Ostatnio sporo rzeczy nie idzie jak trzeba. Chociażby to, że tego samego dnia miałem zacząć zbierać wpisy. By zebrać wpisy trzeba mieć indeks i kartę egzaminacyjną. Indeks – fana sprawa, ale po co ta karta? Nie wiem. Nikt nie wie, ani wykładowcy, ani uczelnia. Przyszło od ministerstwa, trzeba stosować. Tak czy siak, by zastosować, trzeba mieć, a ja nie miałem. Zostawiłem i indeks, i kartę w domu.

Bywa.

Tak więc, Michał niewyspany, wkurzony , po czwartej próbie obrony projektu musi iść do domu. Wspomniałem, że padał deszcz? Bywa.

I co niewyspany, wkurzony, moknący Michał zrobił? Miał ochotę się załamać, walnąć głową w ścianę i pójść spać na tydzień. Tylko, tak na dobrą sprawę, po co, przecież i tak to nie pomoże, a załamanie, walenie głową w ścianę i spanie przez tydzień ma to do siebie, że nie jest najprzyjemniejszym stanem do odczuwania. Nie lubimy takich stanów. W głowie Michała zaświtała myśl: a może jakoś inaczej zareagować?

Od myśli do pomysłu, od pomysłu do czynu. Wychodząc z budynku, założyłem słuchawki na uszy, kaptur na głowę i ruszyłem. Puściłem sobie Sting’a, Englishman in new Yourk – zawsze poprawia mi humor. Później soundtrack z Batlestar Gallactica i sobie poszedłem. Nadal byłem nieco wkurzony, ale już mniej. Idąc jeszcze chciało mi się myśleć nad projektem, ale, w sumie, po co? Projekt jest gotowy, a następne spotkanie dopiero we wtorek. Zacząłem sobie myśleć o czymś innym. Z czego mogę się teraz cieszyć. Hmm. Dobre pytanie. Pierwszy pomysł – ze spaceru. Lubię spacerować, deszcze nie był zbyt duży, a i kurtka na wodę odporna.

Idąc, chcąc nie chcąc, zacząłem myśleć, zadawać pytania i to pytania, które mi humor poprawią. Co przyjemnego może mnie spotkać? Jak mogę to wykorzystać. Szedłem i tak sobie rozmyślałem.

Gdy doszedłem do domu, humor miałem już dobry. Usiadłem w kuchni, zaparzyłem herbatę, otworzyłem kilka zaległych artykułów, motywujących artykułów… sączyłem brązowy płyn, ze sporą dawką miodu i czytałem. Miałem na to godzinę, później znów na uczelnię, pisać kolejny egzamin.

Jak się skończył ten dzień? Wspaniale :) Okazało się, że zaliczyłem wszystkie kolokwia, testy, egzaminy, które do tej pory pisałem. Sukces. Egzamin, na który poszedłem, wydaje mi się, że napisałem przynajmniej dobrze. Z jednego seminarium udało mi się podciągnąć ocenę. Dodatkowo wykładowca postanowił jednak tę ocenę przepisać na wykład. Dla mnie to następny zaliczony kurs i jeden egzamin mniej. W międzyczasie trafiłem jeszcze na piwo ze znajomymi, szybkie i skuteczne świętowanie zaliczonych do tej pory egzaminów.

Wieczorem wracałem już z uśmiechem na ustach.

Historia długa, a morał?

Morałem będą rutyny.

Czym jest rutyna? Rutyna to szereg czynności, myśli, które robimy by osiągnąć dany stan i bez znaczenia czy jest to euforia, szczęście, czy frustracja i depresja. Każdy z nas wypracowuje jakieś scenariusze zachowań. Im lepszą mamy nad nimi kontrolę, tym lepiej.

Jeśli jeszcze nie wytłumaczyłem do końca, czym jest rutyna, opiszę ją z innej strony. Zadanie dla Ciebie. Jak się teraz czujesz? Czujesz euforię, depresję, radość czy smutek? Chciałbym byś mnie tego nauczył, pokazał krok po kroku, co muszę zrobić, by być w dokładnie takim samym stanie co Ty. Co powinienem zrobić? Co pomyśleć? Jakie obrazy w mojej głowie powinny się pojawić? Co powinienem sobie mówić? W jaki sposób? Każdy element się liczy. Gdy skończysz opisywać, masz gotowca, swój scenariusz wchodzenia w dany stan i to jest rutyna.

Co można zrobić z rutyną?

Po pierwsze zdać sobie sprawę, że istnieją. Po drugie znaleźć te, które warto stosować. Po trzecie znaleźć te, których stosować nie warto i zwyczajnie je zmienić.

Przykład.

Coś Cię zdenerwowało. Czujesz jak wzbiera w Tobie złość, zaczynasz szybciej oddychać, mimika twarzy się zmienia, obniżasz podbródek, zaciskasz pięści… stop, stop, STOP.

Im wcześniej zdasz sobie sprawę ze stosowania swojego scenariusza, im wcześniej go przerwiesz, tym lepiej. Włącz inny, np. radości z padającego deszcz :) lub niesamowitego spokoju buddyjskiego mnicha. Wszystko jest do zrobienia, wystarczy nieco chęci, czasu i praktyki.

Zadanie:

  1. Jakie rutyny potrafisz zidentyfikować w swoich zachowaniach?
  2. Opisz je. Napisz instrukcję, krok po kroku, co robisz.
  3. Jeśli to rutyna, którą chcesz utrzymać, być może znajdziesz sposób, by wzmocnić efekt? Jakie kroki musisz wykonać, by rutyna była krótsza i/lub bardziej skuteczna?
  4. Jeśli to rutyna negatywna, kiedy ją stosujesz? Zaplanuj stoper, krok, który przerwie i znajdź sposób na jego automatyzowanie. Może to być, np. dobry kolega – uszczypnij mnie w ucho, jak zacznę zaciskać pięści ze złości :)
  5. Baw się dobrze.

P.S. Ten post piszę całkowicie off-line :) Więcej, wkrótce.

Inni Ci pomogą

Helping Hand by *BJOERLING:iconBJOERLING:

Helping Hand by *BJOERLING

W poprzednich postach zaprezentowałem sztukę rozwiązywania problemów oraz sztukę rozwiązywania skomplikowanych problemów.

Szybko przypomnę model pierwszy rozwiązywania problemów:

  1. Zdefiniuj problem.
  2. Znajdź rozwiązanie.
  3. Wprowadź poprawkę i zobacz czy się sprawdza.

A niżej model drugi rozwiązywania skomplikowanych problemów:

  1. Zdefiniuj problem, rozłóż go na części pierwsze.
  2. Znajdź rozwiązanie każdej z części.
  3. Wprowadź rozwiązania po kolei w życie i sprawdź co działa, a co nie

Na drodze przemyśleń… dosłownie na drodze, bo ten pomysł mi wpadł gdy szedłem na uczelnię ;-). Swoją drogą bardzo lubię codzienne, kilkuminutowe dreptanie. Naprawdę wiele można wtedy wymyśleć, a co najlepsze, myśli te same wpadają do głowy. Wystarczy iść i się rozluźnić. Polecam.

Wracając do tematu, wpadłem na pomysł, jak zwielokrotnić skuteczność każdego z punktów. Jest to proste: “Zapytaj innych o zdanie”. Kwestia jeszcze jak, po co i dlaczego. Idąc przypomniała mi się pewna historyjka rodem z Toyoty. Otóż młody manager miał pomysł na wprowadzenie zmiany układu maszyn na linii produkcyjne. Kierownictwo było i jest otwarte na takie przejawy inicjatywy i kreatywności. Poproszono młodego kierownika o opracowanie i przedstawienie pomysłu. Menedżer pracował nad tym tydzień, dzień i noc. Nadeszła chwila prezentacji. Przedstawia, przedstawia, przedstawia i przedstawił. Kierownictwo niewiele odpowiedziało. Młody menedżer dostał tylko jedno pytanie, czy zapytał się innych o ich punkt widzenia. Okazało się, że nie. Stary kierownik linii poradził młodemu by spytał się o zdanie każdego, kogo mogła dotyczyć ta zmiana, nawet najzwyklejszego robotnika. To on wie najlepiej jak wygląda właściwa praca na stanowisku. Dobrze, jeśli o zdanie zostaną zapytani inżynierowie, oni znają się najlepiej na technicznych sprawach. Im więcej osób zapyta tym lepiej.
Młody menedżer wziął się do roboty. Okazało się, że nie wziął pod uwagę przynajmniej kilkudziesięciu czynników. Część z jego pomysłu próbowano wprowadzić już wcześniej i zwyczajniej się nie sprawdziło. Część została już zaimplementowana w nieco innej formie. Niektóre podpowiedzi znacząco udoskonaliły pomysł, nawet zwielokrotniły jego znaczenie i efekt.
Tym razem kierownictwo przyjęło projekt i to bardzo dobry projekt.

Zanim czym prędzej pobiegniesz i zaczniesz wypytywać wszystkie osoby z otoczeniu, zapoznaj się jeszcze z kilkoma zasadami:

  1. Uszanuj czas innych – Myślę, że dobrym pomysłem jest zapytanie się każdej z osób, czy posiada chwilę na pomoc w rozwiązaniu danego problemu. Po pierwsze unikam w ten sposób zdawkowych odpowiedzi
  2. Zadawaj konkretne pytania, proste i zrozumiał - Zanim kogoś zapytam o zdanie, zawsze staram się być do tego przygotowany. Znam kilka osób, które pytają tak szczegółowo, że zwyczajnie tym denerwują. Myślę, że po prostu nie chcą ruszyć głową i zwyczajnie czekają na podanie rozwiązania na tacy. Jedną z rzeczy jakie nauczyły mnie grupy dyskusyjne, w starej dobrej szkole, to to, by najpierw szukać samemu, wyrobić sobie pewną opinię, dopiero później pytać innych, najlepiej o szczegóły. Google wie prawie wszystko ;-). Są też osoby, które zadają tak wielokrotnie złożone pytania, że musiałbym je rozrysować by zrozumieć.
  3. Uszanuj opinię innych – Najlepszym sposobem pokazania jak mało znaczy opinia innej osoby jest stwierdzenie, że nie ma racji, szczególnie, gdy sami prosimy ją o wyrażenie własnego zdania.  Pytasz się kogoś, wysłuchaj do końca. Pytanie o opinię to nie debata tylko burza mózgów. Myślę, że kontry to wynik zbyt wybujałego ego. Mało skuteczne i mało efektywne. Jeśli masz inne zdanie. Możesz je przedstawić, np. mówiąc: Bardzo ciekawe podejście. Muszę je jeszcze przemyśleć. “Wcześniej doszedłem do innych wniosków. Czy mogę Ci je przedstawić, czy możesz mi powiedzieć co o nich myślisz?”.
  4. Zdecyduj ile masz czasu – inne osoby mają pomóc w rozwiązaniu problemów, ale problemy mają to do siebie, że prędzej czy później trzeba je rozwiązać. Linia między czasem zbierania informacji, a spotkaniem się z terminem zero, jest zwykle bardzo cienka i uwaga, lepiej jej nie przekraczać.
  5. Wybierz najskuteczniejszą grupę docelową – podobno każda osoba ma coś ciekawego do powiedzenia. Bardzo możliwe. Problem w tym, że wysłuchanie więcej niż kilku osób zwyczajnie stanie się nieefektywne. Pochłonie zbyt wiele czasu (patrz punkt wyżej). Dlatego zanim zaczniesz pytać się każdego o opinie, usiądź na chwilę i zastanów się kto mógłbym wnieść najwięcej do rozwiązania. Stwórz listę. Zapytaj.

Brak internetu… uwaga, da się żyć

relax by ~yatiekas

relax by ~yatiekas

Od nowego roku nie mam w mieszkaniu internetu.
Stara umowa się skończyła, nowa się podpisze wkrótce, a nowe połączenie założy wkrótce + jeszcze trochę.
Bywa.

Jednak radzę sobie i powiem szczerze nigdy nie czułem się lepiej :)

.

Zalety braku internetu w domu:

  1. Czas - chciało by się rzec: czas, czas i jeszcze raz czas. Nie wiem skąd, ale po prostu dziennie mam od 3 do 5 godzin więcej wolnego. Nie czytam newsów, goldenline, naszej-klasy, serwisów wszelkich. Robię to tylko raz dziennie i prawie zawsze ofline. Jakby to zsumować, w tygodniu dostaję jeden dzień gratis. Zmniejszyła mi się też znacząco liczba filmów i seriali jakie oglądam, nie wspominając już o zbędnych artykułach na onecie.
  2. Realizacja projektów – ponieważ mam czasu sporo i główna możliwość jego tracenia (czyt. internet) przestała istnieć, trzeba coś z sobą zrobić. Bardzo nie lubię się nudzić, więc zawsze sobie coś znajduję do roboty. A co by tu porobić…
  3. Prawdziwy rozwój – mam też czas na poczytanie książki, posłuchanie kursów. Niewiarygodne jak wiele można zrobić.
  4. Mniej stresu, więcej relaksu – przestałem się już przejmować, że nie mam internetu. Jednocześnie odeszło sporo otwartych pętli, które jednak siedzą w środku i męczą. Nie przejmuję się, czy przypadkiem ktoś mi nie wysłał 3 minuty temu maila. I tak go sprawdzę, czy dziś, czy jutro. Podobnie z innymi obszarami.

Wymagania braku internetu:

  1. Przetrwanie okresu odwyku – na początku było ciężko, nie miałem po prostu co z sobą zrobić. Co chwilę siadałem do komputera, odpalałem przeglądarkę, a tu nic… Każda zmiana niesie opór i bardzo mocno ten opór odczułem. Ważne jest jednak, by najtrudniejszy okres po prostu przetrwać. Później może być tylko lepiej.
  2. Dokładne planowanie zadań – jednak od czasu do czasu mogę i niestety muszę mieć dostęp do internetu, dlatego planuję go bardzo dokładnie. Jeśli coś mi wpada do głowy, co muszę zrobić w internecie, zapisuję to na listę (w przeciwieństwie tego, co było do tej pory – od razu bym taką rzecz sprawdził = stracił czas). Później, gdy się podłączę, po kolei realizuję zadania, bardzo sprawnie i szybko. Co ciekawe, chyba ani razu nie musiałem siedzieć dłużej niż godzinę. Gdy wszystkie zadania są na kartce i czekają na odhaczenie, umysł mocno się nastawia by czas wykorzystać jak najlepiej, wszelkie zbędne rzeczy są pomijane.
  3. Planowanie w przyszłość - muszę być świadomy tego co będzie. Jeśli mam za 3 dni do oddania projekt, który wymagać będzie informacji do zdobycia tylko w internecie, najlepiej jeśli z wyprzedzeniem zaplanuję, jakie to informacje i gdzie je znaleźć. Inaczej gdy się za pierwszym razem nie uda, stracę sporo czasu, bo muszę z dzień odczekać, albo pospacerować do najbliższego punktu dostępowego. Tak czy siak, dużo skuteczniejsze jest zwyczajne planowanie do przodu.
  4. Noszenie komputera, nieco częściej – całe szczęście mam mac booka, dosyć lekkie 13′ calowe cudo (nie tak cudowny jak np. mac book air, ale na wszystko przyjdzie czas ;-), nie jest ciężki, waży jakieś 2 kg. Jednak nosić go na dłuższe wędrówki, może być męczące. Może to kwestia przyzwyczajenia. Rozwiązaniem jest, jeszcze dokładniejsze planowanie czasu, by nie brać zawsze komputera ze sobą, gdy wychodzę.
  5. Robienie jak najwięcej off line – myślę, że praca bez internetu, w pełnym trybie offline jest o jakie 50%-60% efektywniejsza. Można się skupić tylko na najważniejszych, kluczowych kwestiach. Myślę, że dla większości z nas, w tym dla prawie wszystkich studentów, a na pewno wszystkich uczniów do realizacji podstawowych zadań (czy to projekt, czy egzamin, czy matura) internet nie jest potrzebny. Studencie, pamiętasz, kiedy ostatni raz byłeś w bibliotece? :) Dodatkowo, co mam innego do roboty :) Myślę, że na ten temat warto będzie napisać znacznie więcej…

…tymaczasem …. pomyślałem sobie, że do listy nawyków mogę dodać nowy:
“Życie i praca offline”

Prawdopodobnie nie jesteś przekonany do odłączenia się od sieci. Nie musisz być ;-) Zachęcam Cię jednak do odpowiedzenia sobie na następujące pytania:

Sztuka rozwiązywania skomplikowanych problemów

Catenary Curves by ~daYavuz

Catenary Curves by ~daYavuz

Myślę, że mniej więcej 90% problemów jakie napotykamy na swojej drodze można rozwiązać formułą którą napisałem już wcześniej w sztuce rozwiązywania problemów.

Jest jeszcze grupa 10% problemów, które wymagają nieco bardziej rozbudowanego modelu. Oto:

Sztuka rozwiązywania skomplikowanych problemów:
1. Zdefiniuj problem, rozłóż go na części pierwsze.
2. Znajdź rozwiązanie każdej z części.
3. Wprowadź rozwiązania po kolei w życie i sprawdź co działa, a co nie.

Nadal 3 kroki :)
Proste i bardzo skuteczne.

Pamiętaj

Marudzenie i gadanie o problemie zazwyczaj zabiera tyle samo czasu i energii jak wymyślenie i wprowadzenie rozwiązania.