Studiowania Historia Michała cz. 1

Studying by `BurlapZack

Studying by `BurlapZack

Jeśli jeszcze tego nie wiesz, studiuję.

Moja historia jest nieco skomplikowana. Jestem technicznie rzecz biorą na roku 3, praktycznie na 4, a magistra chciałbym zdobyć za rok. Mam za sobą 3 różne kierunki, roczny poślizg, a mimo to zamierzam skończyć studia razem z moim oryginalnym rocznikiem.

Wróćmy do początku…

Zaczynamy studiowanie

Dawno temu w mojej mieścinie, Lubaniu zdałem maturę. Poszło mi całkiem nieźle. Po egzaminach zdrowo sobie odpocząłem, bo od maja do końca września. W sumie niewiele robiłem blisko pięć miesięcy.

Przyszedł wrzesień. Czas się spakować i wyjechać do Wrocławia, na studia, a dokładniej na Politechnikę Wrocławską, Wydział Podstawowych Problemów Techniki, kierunek Fizyka. Czemu fizyka? Do dziś uważam to za bardzo dobre pytanie. Jakoś tak wyszło. Była to kombinacja kilku czynników. Po pierwsze, fizyka to dość elitarny kierunek. Elitarny, nie dlatego, że ciężko się tam dostać. Od kilku lat utrzymuje się poziom 0,7 kandydata na miejsce z wyraźnym trendem… opadającym. Fizyka jest elitarna przede wszystkim z tego względu, że po roku zostaje tam może ze 30 osób. Reszta odpada, jak się później okazało, głównie na swoje własne życzenie. Przekonują się czym studiowanie fizyki jest naprawdę i… idą gdzie indziej.

Drugi powód to specjalność – komputery kwantowe, czyli coś czego jeszcze nie ma, a będzie na pewno i ktoś (czyt. Michał) będzie te komputery budował. Plan był na rozpoczęcie fizyki, przeżycie pierwszych dwóch lat i później rozpoczęcie drugiego kierunku – informatyki. Po czymś takim, miałem być ustawiony na rynku pracy na poziomie szczytów himalajów. Piękny plan, ale nierealny.

Mniej, więcej po pierwszym semestrze zacząłem się zastanawiać czy to TO. Pamiętam pierwszy wykład na kursie Fizyka I (czyli totalnych podstawach). Pan prof. dr hab. Własak (facet o naprawdę potężnej wiedzy teoretycznej i zacięciu do liczenia każdej nieziemskiej kombinacji cyferek i literek zwanych równaniami, im bardziej pokręcone tym lepiej) powiedział, że jest on tutaj po to, by nam pokazać, czy jest fizyka. Po roku mniej więcej wiedziałem – bardzo mozolnym rozwiązywaniem bardzo mozolnych równań.

Sporo do myślenia dała mi pewna telenowela dokumentalna. Nakręcono historię kilku kobiet, które starały się dostać do policji. Na rekrutacji jedna z pań dostała pytanie, jakie jest jej wykształcenie. Odpowiedź: Ukończyłam studia magisterskie na Politechnice Wrocławskiej (wieczór był, Michał szerzej otworzył jedno oko), na wydziale Podstawowych Problemów Techniki (Michał otworzył szeroko drugie oko), kierunek Fizyka (Michałowi spadła szczęka). Czyżby po 5 latach ścierania się z równaniami, szczytem marzeń jest zostać Policjantem? Z całym szacunkiem dla tego fachu, ale po co wykształcenie w arkanach fizyki, dla funkcjonariusza. Może jest inny powód… brak innej, zgodnej z kierunkiem pracy… Albo ta pani zrobiła studia z przypadku, bo jakieś zrobić chciała/musiała.

Druga sprawa – dziekanat. Uczelnie mają kilka problemów, szczególnie te duże, szczególnie gdy poszły w masowość. Politechnika Wrocławska w ciągu 10-20 lat z wielkości 5000 studentów, zwiększyła się do 50 000. Spory przeskok. Może to tłumaczyć dziwne zachowania pań w niektórych dziekanatach. Oprócz tego, że wspomniane osobniki są bardzo niemiłe i daleko im do uprzejmości, to dodatkowo zapominają po co tam są. Student jest teraz klientem, nie petentem i gdyby taka pani była u mnie pracownikiem, mniej więcej po kilku minutach swojego zachowania na stanowisku musiała by sobie szukać nowej pracy. Przychodzę z problemem, a traktują mnie jak istotę podrzędną. Jeśli dobrze liczę, komunizm się skończył gdy miałem jakieś 3 latka. Swoją drogą, rok później dowiedziałem się, że wszystkie te panie skończyły wydział, których studentów teraz obsługują mając ich jednocześnie w głębokim poważaniu. Myślę, że to tylko element klimatu na wppt, który z roku na rok ma co raz mniej kandydatów. Ciekawe dlaczego…

Gdy później poszedłem na nowy wydział, gdy pani w dziekanacie spytała się z uśmiechem na ustach, w czym może mi pomóc, to w pierwszym momencie pomyślałem, że sobie robi ze mnie, delikatnie mówiąc, jaja. Oj, to nie był żart. Po prostu, tu jest inaczej.

Może sprawy potoczyły by się w inny sposób gdyby nie to, że po dwóch miesiącach studiowania miałem sporą przerwę. Poszedłem sobie pograć w siatkówkę i zerwałem więzadła w kolanie. W bonusie przerwa na reklamy, operację i rehabilitację. Moje zrozumienie równań spadło z początkowego poziomu małego do nędznego, osiągając po roku poziom wnioskowania: To nie dla mnie.
Całe szczęście, na studia poszedłem z ważnym twierdzeniem: Trzeba robić to co się lubi i co sprawia przyjemność. Najczęściej lubienie, pociąga za sobą zadowolenie. Tego mi brakowało. Czas na plan B(e).

Rzucamy fizykę

Fizyka, mimo swego pociągającego charakteru, nie jest dla mnie. Teraz jestem tego pewien. Dlatego musiałem się zastanowić, co dalej. Na pewno zmieniamy kierunek.
Myślę, że w głębi duszy widziałem co dalej, a na pewno wiedziałem, który mam wybrać wydział, a mianowicie Wydział Informatyki i Zarządzania.
Komputer mam gdzieś od 6 roku życia, czyli dla mnie od zawsze. Dawno temu miałem amigę – szczyt techniki z pamięcią ram mniejszą niż posiada moja obecna komórka. Do dziś radzę sobie z komputerami i nowymi technologiami lepiej niż zwykły śmiertelnik, choć nigdy nie dorobiłem się statusu eksperta.

Moje nowe studia miały to zmienić – informatyka. Mniej więcej całe gimnazjum i 2 pierwsze lata szkoły średniej myślałem o zostaniu informatykiem. Tylko w roku maturalnym coś mnie naszło na fizykę. Naszło mnie jeszcze na coś innego – rozwój osobisty i w konsekwencji biznes. Całe życie chciałem też zdobyć tytuł inżyniera. Mój tato jest inżynierem, ja też chcę. Zawsze to kilka literek przed nazwiskiem i dosyć ciekawe umiejętności, szczególnie zdolność rozwiązywania problemów (osobiście uważam, że jest to kluczowa umiejętność inżyniera, jaki by on nie był). Wracając do biznesu, mój nowy wydział ma studia zarządzania, więc czemu by nie spróbować?

W taki sposób zacząłem na raz dwa kierunki – informatkę i zarządzanie. Jakby tego było mało, wstąpiłem jeszcze do organizacji studenckiej AIESEC. W skrócie: miałem co robić.
Oba kierunki sprawiały mi dużo więcej frajdy niż poprzedni rok, jakbym w końcu trafił w dziesiątkę. Noo, prawie w dziesiątkę, właściwie to mniej, więcej w 6. Zarządzanie szło mi świetnie, naprawdę, średnia ponad 4. Informatyka gorzej. Ja po prostu nie pałam miłością do programowania, a tym są pierwsze 3 lata. Spróbowałem, nie polubiłem. Czarę goryczy przelał projekt biblioteki, (czy to może była jakaś wypożyczania, nie jestem pewien teraz), w którym mogłem użyć tylko algorytmów, żadnych obiektów, czyli natworzyłem ponad 2000 linii kodu i nie bardzo wiedziałem już co, gdzie, jak działa. Bywa. Spędziłem w sumie ponad 40 godzin nad tym. Trochę za dużo, a to dopiero początek.

Zadałem sobie pytanie. Czy chcę tworzyć systemy, czy ich używać.
Później drugie: Czy chcę być informatykiem, czy … kierować informatykami.

Odpowiedzi skłoniły mnie do odpuszczenia sobie kariery informatyka.

Zostało tylko zarządzanie i AIESEC.
c.d.n.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Nowoczesny minimalizm i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Studiowania Historia Michała cz. 1

  1. Ciekawe, ciekawe zwłaszcza dla nie bo jestem na I roku studiów :) Czekam na dalszy ciąg.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *